Piękne są polskie krajobrazy wczesnego lata. W poszukiwaniu grzybów, bo zrodziła się nadzieja, że mogły się pojawić po kilku deszczowych dniach w dolnośląskim, pojechałam do Milicza, a następnego dnia w okolice góry Ślęży. O sytuacji grzybowej montuje się już filmik, a na bloga wlatują póki co zdjęcia z moich weekendowych wypraw.

Postanowiłam, że olewam wszystko, spędzam weekend w Naturze, z aparatem, i z samą sobą.

Ucieszyłam się, że jest znowu chłodno i że będę mogła sztachnąć się rześkim powietrzem. Nie wiem, co się ze mną porobiło, ale cierpię w upały!

Świetnie, że zaledwie 30 km od Wrocławia są tak ładne miejsca! Na górę Ślężę wielu się wspina, są tam też biegacze i rowerzyści. Ale równie ciekawie jest u stóp Ślęży: pola, czereśniowe sady, przestrzeń.

Okoliczne lasy też wyglądają przyzwoicie. Ich zdecydowanym plusem jest mała odległość od domu, przydałoby mi się sprawdzone miejsce na szybki wypad „bez zobowiązań” 😀 Nie zawsze mogę „rypać” 250 km do Kosarzyna w lubuskie.

Tym razem oddałam się pasji fotografowania rumianków (rumianki szczerze pokochałam w tym roku!), sprawdziłam co w lesie, zjadłam malin. Prawie udało mi się cyknąć dwie sarny! Ale zwiały w pole, zanim założyłam odpowiedni obiektyw. Wiem, wiem: „picture or it didn’t happen” 😀

W czyimś sadzie na wsi poskromiłam wreszcie urodzinowego selfie sticka. Jak to możliwe, żeby komuś nie działał selfie stick! Otóż w moim przypadku, co się tylko mogło nie powieść, to się nie powiodło, począwszy od tego, że zapodałam telefon w paszczę podstępnego sprzętu pionowo…