Wrocław. Chłodny, deszczowy maj. W pracy przebieram nogami, nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie znajdę się w lesie. Przy odrobinie szczęścia i przy dobrej organizacji, spędzę tam dwie do trzech godzin.

przynajmniej trzy dobre powody, dla których nie wyobrażam sobie teraz lepszego zajęcia, niż pójście na grzyby do podwrocławskich lasów czy wrocławskich parków.

1. Sytuacja grzybowa jest bardzo dobra i zapowiada się, że będzie tylko lepiej.

Wczoraj, na przykład, znalazłam wreszcie uszaki bzowe! Uszaki to nie żaden rzadki grzyb (logopedia w wersji grzybowej :D), ale dla mnie i owszem. Nigdy nie miałam do nich szczęścia. Wielu grzybiarzy ma niezawodne stanowiska, krzaki i pnie obrośnięte gęsto od stóp do głów jak brwi Fridy Kahlo. Ale nie ja. Mnie ledwie co dwie czy trzy sztuki od czasu do czasu zaszczycą swoją prezencją.

Wczoraj, już prawie po ciemku (i resztką baterii!!!) sfotografowałam kilka kępek. Na pewno wrócę, by nacieszyć się ich widokiem i spełnić się fotograficznie. Zebrałam też garść i dorzucę do potrawki tajskiej. To będzie mój pierwszy raz z uszakiem, a nie grzybem mung.

Uszak bzowy, mung czy mun – tu fajnie pisze o tym Łukasz Łuczaj.

2. Nastąpił u mnie bardzo zauważalny zwrot, jak chodzi o preferencje co do rodzaju lasu.

Całe życie lubiłam lasy sosnowe. W zasadzie – wzgardzałam innymi 😛

Ostatnio coś mi się kompletnie przestawiło i oszalałam na punkcie lasów liściastych. A Wrocław ma do zaoferowania właśnie te. Teraz, w maju są szczególnie piękne, bujne i dzikie. Na chwilę obecną nie potrzebuję zaraz do Kosarzyna czy pod Zieloną Górę. Park Leśnicki czy Las Mokrzański robią robotę😉

3. W lesie, a szczególnie jak są grzyby, odzyskuję energię. Odzyskuję siebie.

Choćbym nie wiem jaka zmęczona pojechała do lasu po pracy, po chwili się regeneruję i czuję się szczęśliwa.

No więc pakuję do bagażnika aparat i buty, i pozostaję w gotowości do kolejnego popołudniowego wypadu. Już za parę godzin okaże się, co wydarzy się dzisiaj! Podekscytowanam!

No i w sumie, pora chyba zacząć zabierać do lasu koszyk!