Już dwa miesiące minęły od mojego wyjazdu do Lizbony, pora na posta 😉

Był to urodzinowy wyjazd na chillu, po to by chłonąć atmosferę miasta, jeść ośmiornice i inne lokalne dobra, szwendać się bez celu po mieście, w przerwie napić się kawy albo posłuchać fado przy lampce (lub dwóch 😉) wina.

Także nie proponuję tu przewodnika po mieście ani planu podróży na 3 lub na 5 dni. Jest ich w internecie całkiem sporo, sama właśnie przypomniałam sobie Lizbonę na blogu Duże Podróże.

Chciałabym się z Wami podzielić bardzo ogólnym wrażeniem na temat Lizbony oraz zdjęciami miasta, z czego sporą część stanowią zdjęcia tramwajów, bo taką miałam akurat zajawkę 😀 Misja fotograficzna: zdjęcia tramwajów w panningu!

Lizbona i dzielnica Alfama

Lizbona to bardzo ładne miasto. Zapuściliśmy się w dzielnice takie, jak: Baixa, Bairro Alto, czy Cais do Sodre, ale najbardziej podobały nam się kręte i wąskie uliczki Alfamy. Tam spędziliśmy prawie cały wyjazd.

Jak zwiedzaliśmy Lizbonę?

Na pieszo. Wiele atrakcji jest w zasięgu krótszego lub dłuższego spaceru. Cieszyliśmy się, że nie musimy jeździć po Lizbonie autem, a w szczególności, że nie musimy szukać tam miejsca parkingowego.

Trochę metrem i oczywiście legendarnym tramwajem nr 28.

Ceny w Lizbonie

Nie wydawały się szczególnie wygórowane w porównaniu z innymi pięknymi miastami Europy, w których dotąd byłam (patrz miasta Lazurowego Wybrzeża, lol 😉).

Jedzenie

Jak dla mnie, jak w każdym nadmorskim (nadoceanicznym) mieście – świetne! Po prostu kocham miejsca, które mają dostęp do owoców morza. Polecam restaurację BarcaBela, gdzie za obiad dla dwojga składający się z najlepszej ever ośmiornicy, krewetek i wina zapłaciliśmy, z tego co pamiętam, nieco powyżej 30 Euro. Obok BarcaBeli jest znana i polecana knajpka Ramiro, ale nam nie chciało się stać w kolejce (pewnie ta kolejka świadczyła o jakości i smaku jedzenia, no cóż, mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja).

Wino i kawa wszędzie w cenach nie robiących bolesnej wyrwy w wyjazdowym budżecie. Do tego oliwki, kawałek lokalnego sera i mi niczego więcej do szczęścia na takim wyjeździe nie potrzeba.

Ale uwaga, można się oczywiście na jedzeniu naciąć. Za słone, za długie czekanie, ale to jak wszędzie.

Fado

Lizbona słynie z muzyki fado i my nie odmówiliśmy sobie przyjemności jej posłuchania. Dwa razy wybraliśmy się do restauracji Pastel do Fado, fantastycznie umiejscowionej w Alfamie, przy linii tramwaju 28. W niektórych lokalach za możliwość posłuchania fado trzeba dodatkowo zamówić jedzenie za wcale niemałe kwoty, a Pastel do Fado takich wymogów swoim klientom nie stawia. Niemniej jednak o suchym pysku tam oczywiście nie siedzieliśmy. Coś dla ducha, coś dla ciała.

Plaże w okolicy Lizbony

Na plażę trzeba kawałek podjechać pociągiem, ale nie jest to jakaś uciążliwa (ani droga) wyprawa. Półgodzinna podróż dzieli nas od Praia de Carcavelos, a około 45 minutowa od Cascais. Plażowanie nad oceanem w maju – bezcenne. W ogóle to chciałabym mieszkać nad morzem. Nie mogłam się napatrzeć na dziewczynę, która pojawiła się na plaży ewidentnie prosto z korpo. Też bym tak robiła!

Pogoda w Lizbonie w maju

Lepiej wziąć coś ciepłego, szczególnie na wieczorne czy nocne wędrówki. Ja wieczorami porządnie zmarzłam. W dzień było ciepło, ale nie upalnie. Woda w oceanie, bardzo, bardzo zimna…

Lizbona – cała w kolorach żółtych (przecież nie napiszę, że w żółci…)

Tak mi się kojarzyła i taka faktycznie jest. Lizbona bardzo się lubi z żółtym. Żółte tramwaje, żółte ściany budynków, żółcie od jasnych pasteli do nasyconych prawie pomarańczy. Ochra. Złoto.

A do tego tyle słońca!