… z czego dwa dni trwała podróż. Ale dotarłam w końcu w te mityczne Bieszczady, o których tyle słyszałam!

560 km w jedną stronę to jednak misja, jak na wyjazd na przedłużony weekend, ale mimo wszystko – o dziwo, udało nam się zregenerować! Mój mąż powiedział, że odpoczął, jak byśmy tam byli przez tydzień.

Dużo się słyszy o tym, że Bieszczady to najpiękniejszy rejon Polski, że absolutna magia, że nieporównywalne z niczym innym. Mi zabrakło chyba czasu, żeby je poznać, żeby pokochać całym sercem. Zabrakło mi też grzybów, a tak bardzo marzyłam, że moja noga postanie wreszcie w tych bajkowych lasach, gdzie człowiek chodzi „po grzyby”, a nie „na grzyby” (jak to ładnie ujęli gospodarze domu, w którym się zatrzymaliśmy).

Och Boże, pierwsze koty za płoty, ja tam jeszcze wrócę, następnym razem na zdecydowanie dłużej! Pożegnam cholerną – ciągnącą się za mną przez dwa już dobre lata – klątwę braku grzybów i skończę z tymi dziwnymi, przykrótkimi wyjazdami, które zaliczam w tym roku!

Bieszczady są piękne. Są dzikie. Są tajemnicze. Są inne niż cokolwiek, co do tej pory widziałam.

Niebo pełne gwiazd

W Bieszczadach jest niebo, jakie widziałam dawno temu w dzieciństwie: ciemne i pełne gwiazd. Niebo nieskażone światłem miast (zobaczcie na blogu Hani).

Drugiej nocy obudziłam się i na wpół ledwie świadoma zarejestrowałam ten magiczny, cichy spektakl nieba. Zapomniałam o nim.

Kolejnego wieczora wyciągnęłam Wojtka na piwo przed dom, rozłożyłam koc, ale długo na nim nie wyleżałam. Pobiegłam po statyw i aparat, i z zapartym tchem fotografowałam to nocne niebo do późna. Chciałam wyjść poza nasza posesję, by pokusić się o ciekawszy kadr, ale obśmiałam samą siebie: tam o pierwszej w nocy było kompletnie ciemno i nie było opcji przenieść się gdzieś dalej😊 Jak to mówią „sky is the limit” i to nie było moje ostatnie zdanie w kwestii fotek nocnych. O fotografii nocnego nieba świetnie pisze Marek Waśkiel.

Świetliki <3

Tam. Były. Świetliki. Najpierw myślałam, że znaleźliśmy jakieś stanowisko. Kolejnego wieczora przekonałam się, że bieszczadzki świat o tej porze roku jest spowity świetlikowym światłem! Magia. Proszę Państwa, magia! Kiedy ja ostatnio widziałam świetliki? Czy w ogóle je widziałam?

We Wrocławiu nie ma😉 Wszędzie indziej też nie było.

Na szlaku

Mój mąż, jako bardziej doświadczony piechur górski, mówi, że w Bieszczadach jest szczególna kultura chodzenia po górach. Na przykład wszyscy mówią sobie cześć czy dzień dobry. Ja bym chyba wolała, żeby nie mówili, ale w pewnym sensie było to miłe. Poza tym na szlaku było zauważalnie bardziej czysto niż w innych górach. Jednego dnia się zgubiliśmy, drugiego weszliśmy na Smerek i Połoninę Wetlińską. Najbardziej cieszyłam się z tego, że uciekłam od wrocławskich 36-ciu stopni w cieniu!

A tam w górach przyjemna, wręcz chłodna bryza, i trawy smagane przez wiatr, niczym w jakichś Wichrowych Wzgórzach. Cały czas śpiewała mi w głowie Kate Bush.

Dzikie łąki

We Wrocławiu towarzystwo oburzone pomysłami nie koszenia trawników, a w Bieszczadach łąki z kwiatami po pas, moje przeulubione forever.

Swojskie jedzenie

W Oberży Biesisko jadłam najlepsze (poza maminymi) ruskie pierogi! W innych lokalach pięknie pachniały mi gulasze i mięsiwa (nie jem mięsa, ale pachniało mi do fantastycznie). Fajnie było „się nafutrować” rzeczami typu placki ziemniaczane z sosem grzybowym, czy pierogami właśnie, czyli czymś zupełnie innym niż na co dzień. Na pewno trudniej tam jednak o dania wege, niż tu u nas we Wro, gdzie wymyślne potrawy wege serwuje już co drugi lokal.

W drodze powrotnej

Beskid Niski

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w lasach Beskidu Niskiego (no przecież nie mogłam sobie tego odmówić!), gdzie znaleźliśmy honorowego prawdziwka i honorowego ceglasia, oraz garście dojrzałych poziomek.