Początek października 2019 – ten czas na długo zapadnie w mojej pamięci. To wtedy przeżyłam jedno z najpiękniejszych, najbardziej wypasionych grzybobrań w swoim życiu. Do tego w „moich własnych”, lubuskich lasach. Jak żyję, nie pamiętam takiego wysypu podgrzybków brunatnych. Prawdziwków nie zbierało się może taśmowo, ale też pięknie dopisały. Cieszyły serce i duszę, a także i podniebienie. Choć szczerze – to już mam trochę dość tej grzybowej „dyjety”😉

1 października – wyjazd w lubuskie przez Bory Dolnośląskie

Wiem, Bory Dolnośląskie to nie lubuskie, ale ja je tak traktuję. Leżą na granicy województw i jak je po raz pierwszy odkryłam, to cieszyłam się, że mam trochę bliżej Wrocławia lasy podobne do kosarzyńskich i gubińskich.

Zatrzymałam się tradycyjnie koło Ławszowej i ruszyłam w głąb lasu stałą ścieżką (o którą coraz częściej mnie pytacie :D). Pierwsze dwie godzinki kiepściutko, już zaczęłam tęsknić do podgrzybkowego Milicza. Gdy zaczęłam nagrywać filmiki, że nic tu nie ma i że chyba będę się musiała przenieść, weszłam do jednego zagajnika, a tam prawdziwek, a w ślad za nim 10 kolejnych! Wszystkie pod jednym rosłym dębem.

Wszystkie kolejne borowiki szlachetne, a był ich pełen kosz, znalazłam w zagajnikach dębowo-sosnowo-brzózkowych. Ostatnie, tradycyjnie, prawie po ciemku. Strasznie niechętnie opuszczałam las, wiem, że zostawiłam tam wiele dobrego.

2 października, Gubin z siostrą

I tu początek słaby, ale rozkręciło się o wiele szybciej niż w Borach Dolnośląskich. Na dobry początek kilka koźlarzy pomarańczowożółtych, po nich młode babki (znalezione przez nas, też młode babki :D), a potem to już konkret: prawdziwkowo-podgrzybkowy mix!

Wszystko zbierane na wygodnym, płaskim terenie, w lasach, w których łezka ciągle kręciła mi się w oku, bo lasach mojego dzieciństwa, w towarzystwie ukochanej siostry. Po prostu balsam na duszę.

3 października, Zielona Góra i podgrzybkowa „masakra”

Podgrzybków było tyle, że aż zrobiło się od tego nudno. Wszystkie śliczne, słoiczkowe, modelowe. Zbierane i filmowane w strugach deszczu. Innych gatunków prawie brak.

4 października, powtórka z Zielonej Góry

Tym razem do podgrzybków dołączyły też bardzo dobre zbiory borowikowe. Do tego odbyłam w lesie kilka miłych rozmów, a moje prawdziwki zostały przyjęte z uznaniem, inni grzybiarze nie mieli ich bowiem zbyt wielu. Ja spędziłam w lesie cały dzień i systematycznie ich „nadziabałam”, a na koniec trafiłam na miejscówkę marzeń, gdzie rosło ich tyle, że myślałam, że będę musiała wyrzucić moje starannie i selektywnie wybrane podgrzybki. Udało się bez tych ekstrawagancji 😛

5 października wróciłam w strugach deszczu do Wrocławia, a nazajutrz wybyłam w Beskid Niski.

Ale to już nowy epizod, który będę opisywać w kolejnych postach;)