To był ostatni dzień lata. Bujałam się w hamaku, jadłam prosto z ziemi jabłka gorące od słońca, a w nocy fotografowałam gwiazdy. To było zaledwie miesiąc temu! Następnego dnia przyszła jesień. Rozpoczęła się ta cięższa dla mnie połowa roku.

Moja mama mówiła, że człowiek zdrowy na duszy (czy jak ona to tam określała) lubi wszystkie pory roku, więc zawsze czułam, że coś jest ze mną do cholery nie tak! Ja zawsze i niezmiennie kochałam ciepło, kiedyś szczególnie lato, teraz ponad wszystko wielbię wiosnę, nawet tą bardzo wczesną.

Nic nie przekona mnie do zimna. Do ciemna.

W szpony niepokoju wpadłam w tym roku w drugi dzień lata 😀 Zrozumiałam, że dzień jest krótszy od najdłuższego o dwie sekundy i że nie ma odwrotu. Niczym przyciągnięta moimi posępnymi rozważaniami na temat przemijania, napisała do mnie wtedy moja siostra Ola:

Hej, czy ja jestem nienormalna?! Mam doła, bo dzień jest już coraz krótszy!

Jesień ma swoje dobre oblicza. Złota polska jesień. Sezon grzybowy (ale nie ten!). Kolorowe drzewa, jesienne mgły. Chwilowa frajda z odkopania po pół roku swetrów i inne kolory można ponosić.

Jeździłam ostatnio po lasach tu i ówdzie, na próżno szukając grzybów. Dwa dni temu w Kosarzynie wymamrotałam w końcu pod nosem:

Wkurwia mnie już ten sezon!

A potem przestałam się szamotać, chwyciłam za aparat i zaczęłam się bawić kolorami, rozmazami z jesiennych liści i paproci, łapać w kadr leśne scenerie.

Lubicie jesień?