Tysiące przedreptanych kroków, setki przejechanych kilometrów, wyprawy w niezliczone ilości miejsc wyglądających na idealne dla smardzów, żebym wreszcie po trzech miesiącach poszukiwań smardze znalazła w centrum Wrocławia, pod budynkiem firmy, w której pracuję 😉

Żeby było zabawniej, od dwóch miesięcy pracuję na „home office” z powodu obostrzeń „koronawirusowych” i w biurze nie bywam.

Żeby było jeszcze śmieszniej, pierwsze smardze w życiu (lub może były to jedne z pierwszych) znalazłam kilka lat temu… pod własnym domem, dokładnie po powrocie z lasu z bezowocnych „smardzo-poszukiwań” (kilka miesięcy wcześniej wysypaliśmy pod domem korę).

Smardze kochają rabatki i skwerki wysypane świeżą korą (rosną na niej z reguły tylko jeden raz).

Niestety znalezienie takich smardzów „miejskich” jest, przynajmniej dla mnie, o wiele mniej satysfakcjonujące, niż znalezienie smardzów w Naturze, mimo tego, że smardze leśne są w Polsce pod ochroną, a takie „rabatkowe” można – przynajmniej z prawnego punktu widzenia – pozbierać i pożreć. Czy z estetycznego i zdrowotnego? To już niekoniecznie. Miejskie rabatki nie należą bowiem do najczyściejszych miejsc na świecie.

Entuzjastom walorów smakowych smardzów pozostają zatem chyba tylko własne ogrody czy sady, tudzież ogródki działkowe (jeśli ktoś ma!) . Albo te kraje, w których smardze i smardzowate nie są pod ochroną.

Niemniej jednak szalenie się cieszę, że wpadłam wreszcie na smardze, i to w chwili kiedy już praktycznie przestałam się na nie napalać. Zdaje się, że jutro lub w niedzielę, zrobię sobie jeszcze jeden wypad w Góry Bystrzyckie, jedyne miejsce, w którym dotąd znalazłam smardze w Naturze😉

Fajnie byłoby przypieczętować sezon takich prawdziwym „smardzo-podziwianiem”.

Smardze
Smardze
Smardze
Smardze
Smardze
Smardze

Smardze uchodzą za rarytas, są bardzo poszukiwanymi i cenionymi grzybami. Mi nie podeszły, ale nie ukrywam, że chciałabym jeszcze raz spróbować i przekonać się, czy dalej za nimi nie przepadam😉