Trzy ceglastopore i jeden sosnowy na koncie, ale otwarcie sezonu prawdziwkowego wciąż przede mną.

Spędziłam teraz tydzień w Gorcach. Z grzybami był to totalny falstart, a przecież nic bardziej nie kojarzy mi się z „ceglasiami” niż właśnie Gorce.

W drodze powrotnej, po drugim przymusowym, powypadkowym zjeździe z „a-czwórki”, zatrzymałam się na Opolszczyźnie, w okolicach miejscowości Krapkowice i tam (tak jakby) zainaugurowałam sezon na borowiki ceglastopore. Rosły trzy, ale kompletne już trupy, w towarzystwie obficie podlanych deszczem i osaczonych przez ślimaki trupów innych gatunków, takich jak maślaki żółte czy gołąbki.

Serce na chwile mi zamarło, ale mnie tam takie trupy nie jarają! Mnie cieszą tylko młode grzyby.

Wczoraj pognałam jak na skrzydłach w okolice Wałbrzycha. Towarzyszyła mi całkowita pewność, że właśnie tego dnia rozpocznę z pompą sezon prawdziwkowy. U siebie, na Dolnym Śląsku!

Za Złotym Lasem wyskoczyłam z auta, wspięłam się do lasu bukowo-modrzewiowego. Pierwsze grzyby – maślaki żółte – wzięłam za zapowiedź niesamowitych zbiorów, które miały się dopiero zacząć.

Serce drżało:

Czy pierwsze będą ceglastopore? Czy sosnowe? A może już szlachetne?!

Kolejne przedreptane kilometry utwierdzały mnie w przekonaniu, że to jednak nie ten dzień 😀

Jeden borowik sosnowy, nadżarty przez ślimaki, zaostrzył tylko mój apetyt na prawdziwe prawdziwkobranie, ale nie zaspokoił żądz.

W lesie, owszem – i tak o wiele bardziej różnorodnie niż w Gorcach, sporo żółciaków (już starych), czernidłaków, czarcie jaja i cała aleja śmierdzących na odległość sromotników smrodliwych (nie da się koło tego przejść obojętnie :D), jeszcze kilka maślaków żółtych. Jednak absolutnie nie było mowy o jakimś niesamowitym grzybobraniu. Taka wigilia. „Beforek”.

Czarcie jajo, borowik sosnowy, uszak bzowy, maślaki żółte, poziomki…

Za to…

Klimat niesamowity, równocześnie padał deszcz i świeciło słońce. Ciepły deszcz! Cudowny, upojny!

Pajączek i jego tęczowa pajęczyna

Zanurzyłam się w przydrożne gąszcze ziół i chwastów, są w tej chwili niemożliwie bujne. Na łąkach dzwonki, jaskry i firletki. Poziomki zaczynają dojrzewać. Ptaki świergoliły nad głową, jakiś zwierz wydał parę ostrzegawczych okrzyków, wywalając mnie z topolowego lasu bez możliwości sprawdzenia czy rosną tam – jak rok temu – koźlarze.

W drodze powrotnej absolutnie prze-magiczne światło, łososiowe niebo, zielono-złote łany zbóż, tęcza nad miasteczkiem, takie są tylko te nasze polskie landszafty.