Na początku skrupulatnie odkopywałam datę publikacji pierwszego posta, którego umownie traktuję jako datę rozpoczęcia działalności mojego bloga pieprznik.pl (choć przygotowania do wystartowania rozpoczęły się ładnych parę miesięcy wcześniej😉). Było to jakoś na końcu października 2016.

Swoją drogę dziwny sobie wybrałam termin na start bloga o grzybach! Po pierwsze akurat po sezonie (pamiętam, jak się dopisywałam do grupy grzybowej na facebooku; spotkało mnie miłe przywitanie, ale ktoś mnie delikatnie obśmiał, że dopisuję się tam w listopadzie😊).

Po drugie, co wpływa na kompletną nieterminowość celebrowania kolejnych rocznic, jest to taki czas w roku, kiedy generalnie mi się odechciewa 😀 Na przykład żyć 😀 A już na pewno żyć pełną parą😉

No to minęły 4 lata! 2020 to rok, w którym i ja, i moje dziecko pieprznik.pl mamy w metryczkach obok siebie ładnych parę czwórek…

Jeśli miałabym określić jakoś zwięźle, co się działo w czwartym roku działalności pieprznika, to nasuwa mi się jedna wiodąca obserwacja. Pieprznik.pl był to super zorganizowany, prężnie działający kombinat pracy! Prawie codzienne wyjazdy do lasu przez 8 miesięcy (nawet jeśli dopiero po pracy).

Niezliczone ilości przejechanych kilometrów (Wrocław to jednak niezbyt fortunne miejsce jako baza wypadowa do lasu :D). Naliczyłam, że z powodu samych poszukiwań smardzów od połowy lutego do maja, przejechałam autem kilka tysięcy kilometrów. Potem już tego nie liczyłam. Jeździłam bardzo intensywnie i często daleko. Gdy dni były długie, zdarzało mi się jechać po pracy np. w Góry Sowie. Lądowanie w lesie o 18:30 nie było dla mnie niczym szczególnie wyjątkowym😉

Po prawie każdym wyjeździe do lasu, na moim fanpage’u na fejsie lądował pościk, czasem też na blogu, i naprawdę przyzwoicie „rozhulałam” kanał na youtube. Oznacza to, że wyjście do lasu nie był to po prostu milutki spacerek, tylko niejednokrotnie daleka podróż, targanie sprzętu, a potem selekcja i montaż materiałów na moje „kanały”. Ile razy siedziałam w aucie, gdzieś po ciemku i montowałam film w iMovie, oraz przeglądałam foty, bo wiedziałam, że jeśli nie zrobię tego od razu, nie zrobię tego nigdy. Bo to wszystko co właśnie przeżyłam, po prostu zaraz przebrzmi.

Zresztą wracałam do domu o 9tej, 10tej, 11tej w nocy, od rana praca, potem następny wyjazd.

Czy narzekam? Nie! Absolutnie. Myślę, że to wszystko pozwoliło mi przetrwać ten chory rok! Po prostu „zorganizowałam sobie” inny, normalny świat. Takie remedium. Teraz widzę to po stokroć, gdy ciemno, zimno i brak mocy unieruchomiły mnie w mieście.

Jaki będzie kolejny rok? Czy znowu będę latać po lasach jak króliczek Duracell? Czy będę miała taką możliwość? I przede wszystkim – czy będzie mi się chciało? Nie wiem, fazy mojego życia, choć intensywne, są dla mnie samej dość nieprzewidywalne 😀

Posępnie u mnie teraz, ale przez większą część roku czułam się wspaniale, więc na zakończenie pozytywny akcent, z nadzieją na rychłe nadejście lepszego jutra, czosnku niedźwiedziego, tulipanów, słońca, ciepła, grzybów, kolorów i energii! Czego życzę sobie i Wam!

Ściskam Was kochani i dzięki za czytanie / oglądanie <3