Zastanawiałam się, o czym mógłby być pierwszy post. Mój Boże – przecież to oczywiste! Przecież to jasne jak słońce! Napiszę o Kosarzynie! Post będzie totalnie emocjonalny i totalnie subiektywny, wybaczcie.

Kosarzyn: mój czarodziejski las, moja grzybowa mekka, moja święta ziemia. Las, nad lasem, któremu żaden inny las nie może dorównać, a każdy inny las jest do niego porównywany i może być zaakceptowany i choć trochę polubiony tylko wówczas, gdy do kosarzyńskiego jest podobny.

To w Kosarzynie wszystko się zaczęło, tam złapałam grzybowego bakcyla, tam dopadł mnie wieczny, grzybowy niedosyt, by już nigdy, zdaje się, nie odpuścić. To tam zrodziła się moja największa pasja – grzyby. A było to lat trzydzieści parę temu, gdy mieszkałam z rodzicami w ośrodku wypoczynkowym w środku lasu, właśnie w Kosarzynie. Ojciec był tam „kierownikiem żywienia” (haha!), karmił wczasowiczów i „kolonistów” spędzających lato nad jeziorem Borek.

Kosarzyn znajduje się w województwie lubuskim, 13 km od Gubina, tuż przy granicy polsko-niemieckiej.

W Kosarzynie nauczyłam się rozpoznawać grzyby. Do tej pory jestem wierna tym gatunkom, które pokazali mi wtedy rodzice. Choć rozpoznaję znacznie więcej, zbieram właściwie tylko prawdziwki, podgrzybki (najchętniej na grubych nóżkach), kozaki (najlepiej czerwone i pomarańczowe), kurki (pieprzniki!), kanie i maślaki, a przedstawicieli wszystkich tych gatunków najbardziej lubię, jak są młodzi i jędrni.

Kosarzyńskie lasy są sosnowe, rosną na piaszczystym podłożu. Ich poszycie jest bezkrzaczaste, beztrawiaste, bezjagodzinowe. Pokryte igłami, szyszkami i gałęziami. Najbardziej lubię zagajniki, przepięknie otoczone brzózkami. Znaleźć tam można cud-miód prawdziwki i kozaki. Też maślaki, długo przeze mnie niedoceniane, lecz ostatnio odkryłam, że są to jedne z najsmaczniejszych grzybów. Omlet z maślakami – pycha!

Drugim moim ulubionym miejscem są leśne drogi, często oddzielające młodniki od wysokich lasów. Na takich drogach potrafi być najwięcej grzybów! Zbieranie grzybów wzdłuż leśnych dróg to metoda mojej mamy, lubię tą metodę.

Wreszcie są też stare, wspaniałe, dostojne lasy sosnowe, które dają prawdziwki, kurki i podgrzybki. No i nie trzeba się w nich czołgać, jak w zagajnikach, choć ja czołgam się z przyjemnością, w lesie całkiem tracę głowę i resztki zdrowego rozsądku.

Do Kosarzyna mam ponad 200 km, ale jak las wzywa, jadę tam bez wahania i wracam jeszcze tego samego dnia wieczorem do Wrocławia, do domu.

Każdy inny las jest tylko namiastką kosarzyńskiego, porównania zawsze wypadają na korzyść tego drugiego. Z czasem udało mi się dość polubić lasy koło Milicza, zwłaszcza te ich fragmenty bardziej sosnowe, bez domieszki lasów liściastych. Do Milicza mam znacznie bliżej niż do Kosarzyna. No cóż – ja i milickie lasy to taki trochę związek z rozsądku. Wspaniałe i zdumiewająco podobne do Kosarzyna są Bory Dolnośląskie, bardzo je lubię, a z Wrocławia można się do nich dostać w ciągu półtorej godziny.

Myślę że każdy grzybiarz ma taki swój Kosarzyn. Dla jednego będą to lasy w górach, dla innego lasy bukowe. A każdy jest pewnie do swoich lasów przywiązany tak, jak ja do mojego Kosarzyna… Wszystko bierze się z emocji, tradycji, naszego pochodzenia, naszej przeszłości. Ze mnie Kosarzyna nie da się wykorzenić. Wrósł we mnie na amen i nic tego nie zmieni.