Stwierdziłyśmy ostatnio z moją siostrą Olą, że jeśli będziemy przepuszczać mniej kasy, to będziemy mogły częściej gdzieś wyjeżdżać.

To musi być łatwe! Zróbmy budżetowy wypad na narty w Czechy!

(Przypomina mi się pełne zapału wyznanie Bridget Jones: I can DO it!)

Zabookowałyśmy budżetowe spanie w Vrchlabí, zapakowałyśmy auto po korek, łańcuchy na opony (a po co to komu, pytam męża, gdy postanowił nam zrobić przeszkolenie z zakładania), i wyruszyłyśmy na 4 dniowe spotkanie z prawdziwą zimą!

Przewidywany czas na rozrywki zimowe skrócił się jeszcze tego samego dnia o około 25% na skutek niezaplanowanych okoliczności takich, jak: późny wyjazd z miasta, powrót z trasy po gogle (bagatelka!, ale musiałyśmy to zrobić, by zachować charakter wyjazdu budżetowego, a nie przepuszczać kasę na gogle w narciarskich kurortach Czech!), dziwne usytuowanie domu naszego gospodarza (typ postanowił go ukryć przed gośćmi) oraz całkowicie niesprawiedliwa konieczność zakładania łańcuchów od razu w pierwszy dzień!

Niekończące się przeciwności losu kolejnych dwóch dni prawie zabiły nasz hart ducha i wolę kontynuowania wyjazdów budżetowych. W ogóle jakichkolwiek wyjazdów!

Wyjazd budżetowy w liczbach

  • Ilość dni jazdy na nartach: półtora, w tym 1 na śniegu
  • Ilość zjazdów z górki na nartach: mniejsza niż jazdy pod górkę autem po lodzie
  • Ilość razów zakładania łańcuchów na opony: niezliczona, absurdalnie niesprawiedliwa!
  • Ilość dziurawych opon: 1 (moja pierwsza guma ever!)
  • Ilość dziurawych opon z łańcuchami na nich: 1 (to już chyba przesada!)
  • Ilość nowych opon, które trzeba było kupić po powrocie do domu: 2
  • Ilość zrealizowanych wyjazdów w trybie budżetowym: 0

Szpindlerowy Młyn! Mekka narciarzy;)

Ostatniego dnia, na trzech kołach, w tym jednym letnim dojechałyśmy na wymarzone narty do Szpindlerowego Młyna😉 Tam było pięknie, zimowe krajobrazy zapierające dech w naszych narciarskich piersiach i lifestyle jak w Alpach!