W piątek po południu ktoś napisał, że znalazł 50 prawdziwków w Ząbkowicach Śląskich.

Ząbkowice Śląskie, Ząbkowice Śląskie – zaraz, to chyba gdzieś w rozsądnej odległości ode mnie?

Wyobraźnia rozhulała się, pewność, że tym razem nacieszę się widokiem (i smakiem) grzybów była niezłomna!

To jeszcze tylko zakupy i jadę na grzyby. Na listę dopisałam ocet, bo nazajutrz namarynuję prawdziwków, oraz makaron, bo na obiad będzie tagliatelle z borowikami.

Catering na weekend ogarnięty, a mąż wyskakuje z dziwacznym pytaniem:

A plan B?

Czy dla niego kwestia niedzielnego obiadu stała pod znakiem zapytania?

Zapakowałam dwa ( 😀 ) kosze na grzyby, cztery obiektywy i pojechałam dalej niż do Ząbkowic, w Góry Bystrzyckie. Azymut się zgadzał, a w górach to przecież i chłodniej, i wilgoć się lepiej trzyma. Czy dwa kosze wystarczą?

W drodze zaplanowałam, że najpierw grzyby, a po grzybach, w wieczornym, złotym świetle, pofotografuję rubinarem motyle na łące.

W Nowej Bystrzycy i w Spalonej: grzybów zero. (Ale kleszczy miliony!) Wygląda na to, że bystrzyckie bezgrzybie sprzed miesiąca, to i tak był full wypas, bo człowiek potykał się o muchomory i miło było iść sobie przez las, mając świadomość, że życie grzybowe się tli.

Wróciłam o 23ciej, pojadłszy malin i jagód, i wyżywszy się fotograficznie. Posłuchałam szemrania górskiego potoku i wieczornego darcia się świerszczy (bo tego śpiewem przecież nie można nazwać, jakiż to był hałas!).

Zawsze jak wracam o tak nieludzkiej godzinie z grzybów, zastanawiam się dlaczego tak wyszło. Tym razem może dlatego, że o 19:30 postanowiłam pojechać z Nowej Bystrzycy do Spalonej, sprawdzić sytuację w innym lesie. A potem do domu ponad 100 km 😀

Idę robić placki z cukinii. Dobrze że był Plan B.

Miesiąc temu w Górach Bystrzyckich…