Późno w tym roku, bo dopiero w drugiej połowie września, ruszył sezon grzybowy w Miliczu.

Robiłam wcześniej kilka razy rekonesans, chociaż bez żadnych większych nadziei. Zawsze materializowały się najgorsze, możliwe scenariusze: totalne bezgrzybie, wszystko uśpione suszą, czekające na lepsze czasy, niższe temperatury, i deszcz!

Na całą wcześniejszą część sezonu grzybowego 2019 przerzuciłam się w góry. Potem na chwilę na Kaszuby, i tam zaczęły do mnie docierać doniesienia, że i nizinne rejony Dolnego Śląska wreszcie wystartowały grzybem!

W piątek 27 września moja noga postanęła na Milickim lądzie. Jakie to było miłe i obiecujące, gdy ugrzęzła w błotku.

Uzbrojona w kosz i przeklętą, wielką parasolkę, ruszyłam z nadzieją w las (a raz miało mi nic nie dyndać, bo nie wzięłam w ten deszcz aparatu!). Powietrze upojne i rześkie, zapach mokrego lasu to najpiękniejszy zapach na świecie <3

Jak wygodnie było połazić na powrót po tym płaskim terenie, spenetrować znane brzózkowe alejki i sosnowe lasy.

Skoroszów jako wyznacznik sytuacji grzybowej

Na trasie Trzebnica – Milicz jest taka miejscowość Skoroszów, a w niej przy drodze grzybowe targowisko. Ależ mam zawsze dreszczyk jak tamtędy przejeżdżam. Jak stoją, to wiem, że grzyby są. Jak nie stoją, to wiem, że mi nie wyzbierali 😀

Milicz podgrzybkiem i kanią stoi

Zbiory w Miliczu są w tej chwili dość monotematyczne. Rosną głównie podgrzybki brunatne, ale za to w dużych ilościach. Na łąkach kanie. Niedzielny, powtórny wypad potwierdził charakter zbiorów.

Z ciekawostek: pierwszy raz natrafiłam na soplówki bukowe, jak mniemam. Z tego co czytam, jest to grzyb rzadki. Zaróżowiły się też do mnie grzybówki różowe, już nie taka znowu wielka rzadkość, ale za to bardzo ładne do zdjęć😉

Zapasy rosną

Namiętnie marynuję. Rośnie stosik słoiczków, głównie z podgrzybkami.