6 października przyjechałam w Beskid Niski na dłuższy odpoczynek i z nadzieją na niezapomniane, niczym nieograniczone (mam tu na myśli głównie czas) grzybobrania. Nie mogłam sobie wyobrazić niczego lepszego niż 2 tygodnie w lesie. Pod warunkiem, że będą grzyby.

Nie spodziewałam się wysypu rydzów i prawie całkowitego braku innych grzybów jadalnych. Zwłaszcza że dosłownie dwa dni przed przyjazdem w Beskid Niski przeżyłam te grzybobrania życia pod Gubinem i pod Zieloną Górą, kiedy prawie musiałam wysypywać z koszyka idealne podgrzybki, żeby móc pomieścić prawdziwki (też idealne😉).

Na początek szok temperaturowy i szok grzybowy

7 października ruszyłam poubierana w zimowy outfit do lasu po drugiej stronie ulicy od Agroturystyki Barnilka, w której się zatrzymałam. Dobrze że kurtka ciepła, bo na dworze ujemna temperatura.

Im bardziej wspinałam się pod górę, tym dopadał mnie większy niepokój.

Co ja tu do cholery będę robić przez dwa tygodnie?! Dlaczego z własnej woli wyjechałam z Zielonej Góry, zostawiając tam to całe dobro?!

Po drodze stare, rozkładające się trupy grzybów, które musiały przeżyć swoją świetność jakieś dwa tygodnie wcześniej. Niektóre grzyby pozamarzane. Beznadziejnie. Niepokojąco.

Kolejne trzy dni deszcz i inauguracja sezonu na rydze

Drugiego dnia pojechałam do lasów w okolicach miejscowości Kunkowa, poleconych mi przez Barnilkę. Po drodze spotkałam ludzi niosących wiadra rydzów.

I u mnie bingo! Nigdy nie zapomnę tego pierwszego lasu, w którym znalazłam pierwsze rydze. A potem kolejne i kolejne, i tak już zostało do końca wyjazdu, nawet po zmianie pogody.

Zobacz filmik z mojego beskidzkiego rydzobrania:)

Eksploracja kolejnych lasów, wciąż pod znakiem rydzów

Choć moim ulubionym lasem stał się pewien las w Kunkowej, pojechałam poznać i inne lasy, przy okazji podziwiając okolicę. A Beskid Niski jest doprawy przepiękny!!! Więcej beskidzkich widoczków w kolejnym poście😉

Byłam więc w Wyskitnej, Ropkach, Kwiatoniu, Leszczynach. Wszędzie przewaga rydzów.

Rydze w moim życiu

Pamiętam, że w lesie w Kosarzynie kiedyś spotykało się rydze, ale rzadko. Było to w moim wczesnym dzieciństwie. Potem latami nie spotykałam rydzów, a jak już na jakieś trafiłam, nie miałam z nimi na tyle doświadczeń, żeby mieć odwagę je zbierać.

Aż do października 2019 i mojego wyjazdu w Beskid Niski.

Tu w agroturystyce zapewniono mnie, że to rydze i rozpoczęłam produkcję rydzów marynowanych. Na dwa sposoby: tradycyjny i „po cygańsku”, w pomidorach, cebuli i przyprawach.

Rydze smażone mi nie smakują. Przy pierwszych wmawiałam sobie, że są wyborne, przy drugich mnie zemdliło i powiedziałam sobie, że nigdy więcej. Mam nadzieję, że te w occie będą dobre. Lubię ocet😉

Więcej czasu w lesie, więcej czasu na poszukiwanie mniej znanych gatunków, w tym rzadkich!

Poza rydzami znalazłam też grzyby, których dotąd nie widziałam! Piestrzyce giętkie i infułowatą! Koralownika lub goździeniowca. Oraz niebieskie grzyby – pierścieniaki grynszpanowe lub białoniebieskie.

Koszyczki i graficzki

Wreszcie miałam wystarczająco dużo czasu, żeby pobawić się w układanie moich grzybowych graficzek / kompozycji oraz ładnych, kolorowych koszyczków <3

Dominujące kolory: pomarańczowy (wiadomo – rydzowy) oraz fiolet. Rośnie tu bowiem dużo fioletowych grzybów: lakówki ametystowe, gąsówki fioletowawe, dominują gołąbki właśnie o fioletowym zabarwieniu.

Przez większą część wyjazdu piękne babie lato <3

Pogoda udała mi się bajecznie, przez większą część wyjazdu mam tu przepiękne słońce i nawet ponad 20 stopni! Nieźle jak na góry i tą porę roku.

Po śniadaniu przesiaduję na tarasie z kawką, potem jadę do lasu, a wieczorami albo przerabiam te rydze albo integruję się z współmieszkańcami agro. Na dobranoc parę stronniczek „Tajemniczego życia grzybów” Roberta Hofrichtera.

Nie mam większej pasji niż grzyby. Jestem wdzięczna, że mogę się jej oddać teraz na dłużej.